piątek, 20 czerwca 2014

(Nie)normalność - rozdział 3

~ Uwaga! Dla tolerancyjnych. Jeśli treść Cię razi, nie czytaj, nie komentuj - naciśnij czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu. 

     A jednak miałem rację – Simon nie umie robić spaghetti. Przekonaliśmy się o tym obaj, kiedy po dwóch godzinach krzątania się w kuchni, eksperymentowania z sosem bolognese i przyprawami, zajrzałem do garnka. Gorąca para buchnęła mi w twarz; breja w niewyraźnym kolorze rozdeptanego banana miała dość wątpliwą konsystencję. Skrzywiłem się, mieszając w tym łyżką – ostrożnie, powoli, gdyby przypadkiem makaron miał ochotę wybuchnąć.
     - Simon? – Odwróciłem się w kierunku mężczyzny siedzącego przy stole. Opierał głowę na dłoni i ze skupieniem bazgrał po moim zeszycie od matmy, głowiąc się nad jakimś zadaniem. Udało mi się go wrobić w odrobienie mojej pracy domowej.
     Teraz, słysząc swoje imię, spojrzał na mnie, lekko nieprzytomnym wzrokiem.
     - Chyba nic z tego nie będzie – powiedziałem ostrożnie, a on wstał i z zaciekawieniem spojrzał do garnka. Podrapał się kolorowym paznokciem po chudym nosie i zaśmiał krótko.
     - Nie oceniajmy książki po okładce – powiedział optymistycznie, wyjmując z szafki nad głową trzy, przezroczyste miseczki. (Wszystkie z poutrącanymi brzegami, ale nie narzekajmy - chociaż były czyste!). Nałożył breji do dwóch z nich, a potem zalał ją czerwonym, rzadkim sosem z kawałkami mięsa. Wręczył mi widelec z uśmiechem szalonego naukowca, testującego właśnie jakiś kolejny szatański plan, po którym – w najlepszym wypadku – dostanę takiej sraczki, że będziemy musieli wymienić kibel.
     - Bon appetit! – zaćwierkał słodko, co tylko utwierdziło mnie w ponurych przekonaniach co do jego zamiarów.
     Obrzuciłem go pełnym podejrzenia, krytycznym spojrzeniem, czekając, aż pierwszy zacznie jeść. On najwyraźniej liczył, że to ja będę tym frajerem.
     - Oh, no daj spokój! – jęknął w końcu, kręcąc głową. – Może to – spojrzał niepewnie do trzymanej przez siebie miski – miało tak wyglądać!
     - Nie, to miało tak wyglądać – wskazałem na zdjęcie w książce kucharskiej.
     - Aj tam, oni się nie znają wcale na gotowaniu! – stwierdził głośno Simon. – To ja jestem mistrzem kuchni. – I jakby próbując potwierdzić jakoś swoje słowa, wsadził do ust wielki kawał rozgotowanego makaronu.
     Skrzywiłem się, obserwując jego próby robienia dobrej miny do złej gry. Długo przeżuwał, a z każdą chwilą jego usta wykrzywiały się coraz bardziej. Zmarszczył nieskazitelne, alabastrowe czoło i powiedział:
     - Wiesz, Shady, myślę, że jest ktoś, komu powinniśmy podrzucić trochę tego… specyfiku.
     - Naprawdę? – zdziwiłem się, unosząc brew. – Komu?
     - Temu twojemu Mikel’owi – odparł, pochylając się nad zlewem i wypluwając nie przeżute resztki. – Z dedykacją dla jego mamusi.
     Spojrzeliśmy na siebie, a chwilę potem obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem. Kucharze może byli z nas żadni, tego byłem pewien, ale jakość potraw nadrabialiśmy ilością śmiechu. Lubiłem gotować z Simonem. W ogóle chyba nie było rzeczy, której bym nie lubił z nim robić. Należał do tego typu ludzi, którzy w każdej czynności umieją znaleźć odrobinę zabawy i okazji do ponabijania się.
     - No, to chyba byłoby na tyle jeśli chodzi o dzisiejszy obiad – stwierdził spokojnie Simon, wskakując na szafkę i machając długimi nogami w powietrzu. Odetchnął głęboko, uśmiechając się, kiedy w powietrze wzleciała chmura z mąki, którą rozsypaliśmy przez przypadek, szukając makaronu. Nikomu jakoś potem nie chciało się sprzątnąć powstałego w ten sposób bałaganu. Efekt był taki, że wszędzie teraz walała się mąka zmieszana z rozmiażdżonymi kluskami i kawałkami mięsa. Pycha!
     - Jestem! – nagle usłyszeliśmy krzyk Daniela z przedpokoju. Chwilę potem trzasnęły za nim drzwi i obaj słuchaliśmy jak pogwizduje, zdejmując buty. – Co dzisiaj na obiad?
     Z szerokim uśmiechem pojawił się w drzwiach, omiatając spojrzeniem bałagan w kuchni. Nałożyłem trochę breji z sosem na widelec i strzeliłem tym w jego kierunku. Po chwili rozległo się wesołe plaśnięcie i czerwona mazia wylądowała na piersi zaskoczonego Daniela. Zarechotałem, zadowolony z efektu.
     - I to ma być powitanie, Shady? – roześmiał się Daniel, patrząc na wielką, rosnącą, rudą plamę na swojej – jeszcze przed chwilą śnieżnobiałej – koszuli.
     - Wyglądasz jak postrzelony – stwierdziłem, szczerząc do niego zęby. – Heroicznie postrzelony podczas obrony barku z alkoholem – dodałem, kiedy posłał mi kpiarskie spojrzenie.
     - Daruj sobie, teraz nawet Whisky ci nie pomoże – powiedział spokojnie, zdejmując koszulę. Powoli rozpinał wszystkie guziki, a na światło dzienne wyłonił się jego blady, wysportowany tors. Zwinął ubranie w pogniecioną kulę i odrzucił na podłogę. Potem jego spojrzenie padło w kierunku Simona, nadal siedzącego na szafce i majtającego w powietrzu długimi nogami. Ich spojrzenia spotkały się, a Daniel uśmiechnął się szeroko.
     - Jak tam, kotku? – zapytał czule, podchodząc i głaszcząc go po policzku. Nie czekając na odpowiedź, zajrzał do garnka i skrzywił się nieco. – To miało być…?
     - Spaghetti, nie widać? – zakpił Simon, szturchając łydką biodro Daniela i przebiegając po jego sylwetce łapczywym spojrzeniem.
Daniel puścił do mnie oczko, uśmiechając się, po czym wykrzyknął:
     - Kto ma ochotę na pizzę?!
Za co został „nagrodzony” lekkim kopniakiem w kręgosłup przez szpilkę Simona.
     Daniel nie dyskutował już dłużej. Przysunął się bliżej do partnera i wsunął biodrami pomiędzy jego nogi, rozchylając je nieco na boki. Oparł dłonie na jego kolanach i powolnym, czułym ruchem przesunął je wyżej, aż do jego krocza. Simon dotknął piersi Daniela i głaskał ją długimi ruchami, muskając białą skórę paznokciami. Wpatrywali się przy tym w siebie z wyrazem twarzy, którego nigdy nie umiałem do końca zrozumieć. Ręce Daniela zniknęły pod falbanką niebieskiej spódnicy, a jego wargi delikatnie musnęły dekolt Simona. Ten uśmiechnął się kusząco, zarzucając mu ręce na szyję i wsuwając palce we włosy. Przez chwilę ich ciała przylgnęły do siebie, a z ust Daniela wydobyło się szybkie, pełne uczuć westchnienie.
     - Jak tam, kotku? – powtórzył szeptem, wsuwając język w głąb ucha Simona. Ten zaśmiał się cicho, podwijając nogę i nagle… podstawiając ją pod nos Danielowi. Ten przerwał czułości, nieco zaskoczony. Uniósł brew i zerknął na zadowoloną twarz towarzysza.
     - Byłem dziś u kosmetyczki – pochwalił się, zdejmując buta i przebierając w powietrzu kolorowymi paznokciami u nóg. – Pedicure w serduszka! – zapiszczał, śmiejąc się głośno, na co ja i Daniel zareagowaliśmy głupimi uśmiechami na całą szerokość twarzy. Bo nie ma nic bardziej rozbrajającego, jak dziecinna radość naszego Simona. Paznokcie na jednej stopie miał czarne w czerwone serca, a na drugiej czerwone w czarne serca. Na dużych palcach widniały białe czaszki z piszczelami. Oł yeah!
     - Śliczne – powiedział niepewnie Daniel, uśmiechając się do Simona. – W każdym razie skoro tobie się podobają. – Pokazał mu język, a partner odepchnął go od siebie gołą stopą.
     - Daniel, dowiedziałeś się czegoś? – zapytałem bez przeciągania o to, co męczyło mnie cały dzień. Spojrzał na mnie znad miski rozgotowanego makaronu z sosem. Usiadł przy stole obok mnie i zaczął jeść, chwilę mieszając z zastanowieniem podejrzaną breję. Potem wyjął z walizki w przedpokoju karton papierosów i wręczył mi go z uśmiechem.
     Spojrzałem najpierw na fajki, potem na niego, a potem znowu na fajki. A kiedy już całkiem nie wiedziałem, o co chodzi, zerknąłem na Simona – miał równie niepewną minę, co ja.
     - Dzwoniłem do nich – zaczął powoli Daniel, wpatrując się we mnie spokojnym, ciemnym wzrokiem orzechowych oczu. – Chwilę rozmawialiśmy, twoja matka była bardzo zaskoczona takim telefonem po czternastu latach. Ona, w przeciwieństwie do nas, nie spodziewała się, że kiedykolwiek będziesz chciał ich poznać. – Wzruszył ramionami, dźgając makaron widelcem. – Ale ostatecznie zgodziła się na to, żebyś zamieszkał u nich na trochę – moje serce podskoczyło w piersi jak szalone. Daniel ciągnął dalej:
     - Zgodziła się, żebyś został u nich tak długo, jak zechcesz. Jeśli w ogóle zechcesz po pierwszym spotkaniu – uśmiechnął się lekko do mojej zszokowanej miny. – My - przekręcił się, patrząc na Simona, który otulił się własnymi ramionami, wytrzeszczając w dziwnym strachu swoje piękne, niebieskie oczy – pokryjemy wszystkie koszty twojego utrzymania. Do szkoły będziesz chodził, nie myśl sobie. Ich syn podobno chodzi do tego samego liceum, do klasy wyżej – wzruszył ramionami.
     - Jejku – wyszeptałem, uśmiechając się całym swoim ciałem. – Mówisz poważnie? – zapiszczałem, zrywając się z krzesła i skacząc jak wariat.
     - Najpoważniej. – Zjadł trochę breji, po czym znowu spojrzał na mnie. W jego twarzy było mniej niepokoju niż w Simonie, ale w oczach dostrzegłem nutkę żalu, kiedy mówił: - Możesz iść się pakować, rano cię do nich zawiozę.
     - Tak! – krzyknąłem, podskakując raz jeszcze i z wrzaskiem rzuciłem się biegiem w kierunku pokoju. – Idę spakować wszystko!
Zanim zatrzasnąłem za sobą drzwi, usłyszałem tylko ciche, smutne i jakby niedowierzające pytanie Simona za moimi plecami:
     - Wszystko…?

wtorek, 27 maja 2014

(Nie)normalność - rozdział 2

~ Uwaga! Dla tolerancyjnych. Jeśli treść Cię razi, nie czytaj, nie komentuj - naciśnij czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu. 

     O trzeciej wybiegłem z dusznych, dławiących moje poczucie wolności, ciężkich murów szkoły. Cudowne uczucie iść chodnikiem, czuć ciężar plecaka na ramieniu i wiedzieć, że nareszcie to piekło dobiegło końca. W prawdzie na znaczną część lekcji się spóźniłem, ale dla mnie nawet pięć minut spędzone za murami liceum było katorgą. Nie cierpiałem się uczyć, chociaż byłem całkiem bystry i moje oceny utrzymywały się na poziomie trójek. Przynajmniej z tych przedmiotów, które mnie obchodziły.
     Na parkingu przed szkołą rozpoznałem seledynowego fiata. Serce podskoczyło mi z radości, kiedy chwilę potem moje oczy namierzyły, stojącego w cieniu wielkiego klonu, Simona. Opierał się nonszalancko o pień, a jego chabrowa spódnica powiewała na wietrze. Długie włosy zaplótł w warkocz, który opadał mu na płaską pierś, okrytą nieskazitelnie białą koszulką na ramiączkach. Na nogach miał piękne, czarne szpilki. Palił leniwie papierosa, a dym unosił się wokół niego. Wyglądał, jakby był jakimś magikiem, który przybył z innego świata. Dla mnie wtedy był niemal jak fatamorgana. Nie wiem, co go napadło, żeby po mnie przyjeżdżać, bo nigdy tego nie robił, ale cudownie było zobaczyć jakąś przyjazną twarz.
     Podbiegłem do niego co sił w nogach. Spostrzegłszy mnie, uśmiechnął się szeroko i poczekał, aż się zbliżę. Podszedł do mnie zwiewnym, dostojnym krokiem, bujając kościstymi biodrami. Miał w sobie coś magnetycznego i ciepłego.
     - Jak było w szkole? – zapytał rodzicielskim tonem. Chyba czuł już się trochę lepiej niż rano. Dobrze, ulżyło mi, nie chciałem mieć go na sumieniu.
     - A czy to ma znaczenie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Niebieskie oczy zaśmiały się ze mnie figlarnie.
     - Je tam – odparł, machając ręką i wydając z siebie śmieszne, końskie prychnięcie. Potargał się po włosach i opuścił na nos czarne okulary przeciwsłoneczne. – Chodź, jedziemy do domu. Mam zamiar zrobić dzisiaj spaghetti. Co o tym myślisz?
     - Myślę, że nie umiesz robić spaghetti – odparłem, śmiejąc się. Simon popchnął mnie zadziornie łokciem w brzuch i zaczął grzebać w torebce, szukając kluczyków. Po chwili posypały się „cholery”. Ach, te damskie torebki!
      - Hej, Shady, ładną dupę sobie znalazłeś! – usłyszałem nagle gdzieś z boku.
Oboje z Simonem spojrzeliśmy w tamtym kierunku i poczułem, że jedyne czego pragnę, to zapaść się pod ziemię. Parę metrów od nas stał Mikel – mój śmiertelny wróg. Chodziliśmy razem do jednej klasy, a jego ulubionym hobby było dokuczanie mi przez to, że moimi rodzicami byli dwaj mężczyźni.      Zakląłem, widząc jego złośliwe spojrzenie, przebiegające po sylwetce oniemiałego Simona.
Zatrzymał wzrok na jego pośladkach i w tym momencie myślałem, że szczeniaka zabiję. Mógł się do mnie dowalać ile chciał, ale nie pozwolę obrażać mu moich bliskich!
Kiedy właśnie chciałem jakoś się odciąć czy po prostu rzucić na niego z pięściami, do akcji niespodziewanie wkroczył Simon. Podszedł do wysokiego, umięśnionego Mikela, szefa drużyny pływackiej, i, zdjąwszy okulary z nosa, zmierzył go najbardziej obrzydliwym ze swoich spojrzeń. Potem wyjął papierosa z ust i dmuchnął mu dymem w twarz.
     - Odwal się, dziwaku, nie chcę się tym od ciebie zarazić – syknął, wycofując się.
     - Wiesz, mały, takich jak ty połykam bez popijania – odparł Simon, mlaskając głośno. Uśmiechnął się co najmniej dwuznacznie i utkwił lubieżne spojrzenie w kroczu dryblasa, jakby miał zamiar za chwilę zerwać z niego ubrania.
     Mina Mikela z tamtej chwili nigdy nie zniknie mi sprzed oczu. Wyglądał, jakby zobaczył właśnie czołg pełen afrykańskich surykatek w hełmach, tańczących salsę i śpiewających Hymn Narodowy USA, grając jednocześnie na mandolinie.
     Zaśmiałem się mimowolnie, a biedny Mikel wyjęczał coś niewyraźnie. Wszystko zakończyłoby się triumfem, gdyby nie mama Mikela, która pojawiła się w tym momencie na podjeździe. Spojrzała najpierw na swojego skwaszonego synalka, potem na mnie i mój głupi uśmiech, a potem wytrzeszczyła oczy, kiedy jej wzrok zatrzymał się na Simonie. Spojrzała na jego długie nogi i jaskrawą spódnicę i chyba zrobiło jej się trochę głupio, że sama tak nie wygląda, a potem jej umysł zarejestrował wyraźny brak biustu u osobnika zaczepiającego jej syna. No i zrobiła się awantura.
     - A co pan wyprawia? – syknęła, opierając dłonie na biodrach i podchodząc do Simona z groźną miną. – Czego mi pan syna zaczepia? Do burdelu idź się bawić, laleczko, a nie niewinne dzieciaki atakujesz! Do psychiatry! Takie zboczenia się leczy! – Pogroziła mu palcem. – Proszę się stąd zabierać, bo zaraz wezwę policję.
     Simon uniósł jedną brew i rzucił dopalonego papierosa na ziemię. Przygniótł go obcasem i obrzucił spokojnym, ignorującym spojrzeniem niższą od siebie o ponad głowę, krępą kobietę.
     - To pani mnie atakuje – stwierdził fakt. - Tak się składa, że przyjechałem tutaj po mojego syna. A pani chłopak wyzwał mnie tak, że nawet powtarzać nie będę. Gdybym miał tak nietolerancyjne dziecko, złoiłbym je porządnie przez głowę – oświadczył spokojnym, wyniosłym tonem. Uśmiechnął się kpiarsko. Wow! Nawet nie wiedziałem, że tak potrafi! – Ale mając taką matkę, to ja się wcale nie dziwię, że i jemu brakuje dobrych manier. Trochę ogłady by państwu nie zaszkodziło.
     I odwrócił się na pięcie, patrząc na mnie pogodnie.
     - Chodź, Shady, spadamy z tego zadupia.
Objął mnie ramieniem i razem wsiedliśmy do naszego seledynowego fiata. Simon otworzył auto i zajął miejsce po stronie kierowcy. Po chwili obaj zatrzasnęliśmy drzwi i jak na komendę westchnęliśmy ciężko, opadając na miękkie, poprzecierane oparcia.
Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się. To zabrzmi dziwnie, ale byłem z niego dumny. W życiu nie czułem się tak podbudowany. A najlepsze było to, że dogadał nie tylko Mikel’owi, ale też tej jego nadętej mamuśce.
     - Widziałeś, jak patrzyła na twój tyłek, kiedy odchodziłeś? – Zachichotałem.
     - W życiu takiego nie widziała, co? – Puścił do mnie oczko i nacisnął pedał gazu. Wykręcił i chwilę potem mknęliśmy już po czarnej jezdni. Asfalt był gorący, a powietrze przepełnione zapachem spalin. Obaj otworzyliśmy okna. Włączyłem radio. Głośny huk rozbrzmiał w całym aucie. Zaśmiałem się na całe gardło, a po chwili Simon mi zawtórował.
     - Zapalisz? – zapytał, podstawiając mi pod nos paczkę mentolowych L&M-ów. Spojrzałem na niego jak na kosmitę. Od kiedy to pozwalał mi na papierosy?!
     - Daniel się nie dowie, że odstąpiłem od swojego żelaznego „nie” dla palących nastolatków – powiedział, patrząc na mnie uważnie bystrymi, błękitnymi oczyma.
     - Ode mnie ani słowa – odparłem, biorąc jednego papierosa z szerokim uśmiechem niewiniątka.

Po chwili dym wypełnił nasze płuca. Zielone światła otwierały nam drogę do beztroskiego świata dziwaków, w którym żyłem i który wbrew pozorom nie był tak straszny jak mogłoby się wydawać. 


~ Tu dum! Kolejny rozdzialik gotowy :). Tylko na razie nie mam czytelników, ale w sumie nie spodziewałam się tłumów. Zawsze jakoś tak to jest, że fanficki zbierają największą frekwencję internetowych czytelników, a twory własne - które przecież w zasadzie wymagają dużo więcej inwencji twórczej i pomysłowości - są raczej niedoceniane. Pomimo tych nieudogodnień, będę wytrwała w publikacji, a nóż znajdzie się ktoś, kto chętnie przeczyta :). Trzymam kciuki!
     Co więcej, dzięki wsparciu i życzliwości Nielivki, niedługo będę mogła poszczycić się na blogu pięknym szablonem :).

czwartek, 15 maja 2014

(Nie)normalność - rozdział 1

~ Uwaga! Dla tolerancyjnych. Jeśli treść Cię razi, nie czytaj, nie komentuj - naciśnij czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu. 

Rozdział 1

    Obudził mnie brzęk naczyń dobiegający z kuchni. Zawyłem, zatykając uszy, kiedy łoskot przypominający uderzanie patelnią o garnek nie ustawał. Przykryłem głowę poduszką i zakląłem trzy razy w pościel. Potem hałas ustał, a do moich uszu dochodziły już tylko dźwięki muzyki, dobiegającej gdzieś z głębi domu. Zerknąłem zaspanym wzrokiem na zegarek. Dziewiąta czternaście. Byłem już czternaście minut spóźniony do liceum. To jeszcze nie tak źle. Dzień jak co dzień.
Wstałem i przeciągnąłem się, drapiąc leniwie po brzuchu. Poprawiłem koszulkę piżamy i otwierając uchylone drzwi kopniakiem, wyszedłem na korytarzyk prowadzący do kuchni. Drzwi rąbnęły z trzaskiem o ścianę, a chwilę potem usłyszałem krzyk Simona:
     - Obudź ojca, bo zaśpi do pracy!
Posłusznie skręciłem w lewo, zaglądając do sypialni. Uśmiechnąłem się, widząc Daniela rozwalonego – inne określenie nie byłoby wystarczająco dobitne – na pościeli. Nogi miał rozrzucone na dwie strony, a lewa stopa wystawała mu spod kołdry. Nagi tors mężczyzny unosił się, a z gardła wydobywało się donośne chrapanie.
     - Wstawaj, śpiochu. – Potrząsnąłem go za ramię, ale on tylko zamruczał coś przez sen. – No wstawaj!
Długa, owłosiona noga wierzgnęła na bok, trafiając mnie w kolano. Zawyłem, gniewnie oddając cios i kopiąc stopą w pośladek Daniela. Ojciec zachłysnął się dziwnie i poderwał z łóżka.
     - Co się dzieje? – zapytał, rozbudzony. Potarłem kolano, marszcząc czoło.
     - Śniadanie – odparłem krótko, chcąc odejść, obrażony, ale on roześmiał się i zanim uciekłem, złapał mnie za boki i przyciągnął do siebie.
     - Puszczaj! – krzyknąłem, wyrywając mu się, ale on już łaskotał mnie w brzuch. Zaśmiałem się, przewalając na niego. Objął mnie nogami, rechocząc mi do ucha. Złapałem poduszkę w jednorożce należącą do Simona i trzepnąłem Daniela po głowie. Puścił mnie, a potem goniliśmy się aż do drzwi kuchni, śmiejąc i pokrzykując.
     - Wygrałem! – powiedział radośnie, na co ja pokręciłem głową i pokazałem mu język. Odpowiedział tym samym, po chwili znikając w drzwiach łazienki. Uśmiechnąłem się sam do siebie, człapiąc w kierunku stołu kuchennego. Upadłem z westchnieniem na krzesło i przeczesałem ręką rude włosy.
     Tutaj w powietrzu czuć było już bekon. Simon stał przy kuchence, mieszając jajecznicę na patelni. Jedną rękę oparł na biodrze. Miał na sobie tylko zabawną, czerwoną spódniczkę sięgającą do połowy uda i wysokie, jaskrawozielone szpilki. Jego ulubione. Odgarnął na nagie plecy długie, czarne włosy. To był jego naturalny kolor, a ostatnio urozmaicił go trochę, robiąc sobie jaskraworóżowe pasemka. Obaj z Danielem stwierdziliśmy, że wygląda jak dziwka, ale on tylko się na to zaśmiał i powiedział, że będą mu pasować do kostiumu króliczka, który zamówił na Allegro. Owy zajączek posiada jakąś „dziurę”. Nie wiem, o co chodzi, ale kiedy to słowo padło z ust Simona, Daniel uśmiechnął się w taki sposób, że wolałem nie dociekać szczegółów.
     - Zawieziesz mnie dzisiaj do szkoły? – zapytałem, patrząc bezmyślnie na idealnie wydepilowane nogi Simona. Mężczyzna obrócił się i ruszył w moją stronę z porcją pokrojonych bułek. Bez masła. Raany, nie mówicie, że Simon znowu wprowadza obowiązkową dietę?
Omiotłem spojrzeniem stolik przed sobą. Stał na nim arsenał pustych puszek po piwie, walały się pojedyncze papierosy, brudne, papierowe talerzyki i „Zmierzch” z porwaną okładką, którym ostatnio z Danielem rzucaliśmy przez okno w sąsiadkę, która ćwiczyła aerobik na tarasie. Simon stwierdził, że ma taką samą sukienkę jak on, więc siłą rzeczy musieliśmy ją jakoś haniebnie ukarać.
     Nie zastanawiając się, zrzuciłem wszystko na ziemię. Było trochę hałasu, ale Simon miał chociaż gdzie postawić bułki. Uśmiechnął się, nalewając mi kawy.
     - Może weźmiesz taksówkę? – zaproponował. – Dam ci jakąś kasę, ostatnio Daniel dostał podwyżkę – puścił do mnie oko, odchodząc w kierunku patelni i ruszając zgrabnymi biodrami w rytm „Highway to hell”, które rozbrzmiało w głośnikach porozstawianych po całej kuchni.
     - A już myślałem, że całą kasę wydałeś na szpilki – odezwał się Daniel, pojawiając się w drzwiach kuchni. Oparł się nonszalancko o framugę. Spojrzenie jego lśniących, orzechowych oczu przejechało po sylwetce Simona, który - nie odwracając się - pokazał mu środkowy palec z paznokciem umalowanym na ognistoczerwony kolor. Zawsze malował środkowe palce na inny kolor niż pozostałe. Myślę, że robił to specjalnie, żeby móc je potem pokazywać ludziom na ulicy i obserwować ich głupie miny.
     - Dzień dobry, skarbie – wyszeptał czule Daniel, podchodząc do swojego partnera i lubieżnym gestem wsuwając dłoń pod jego spódniczkę. Spojrzałem na nich i przez chwilę mignął mi jednorożec, którego Simon miał wytatuowanego na lewym pośladku.
     - Co mamy na śniadanko? – zapytał pogodnie, nachylając się nad patelnią. – Jedno jajko?
     - Możesz dostać dwa, jeśli chcesz – odparł Simon, szturchając go biodrem w bok i uśmiechając się znacząco.
     - Muszę przyznać, że brzmi kusząco – wyszeptał mu do ucha, obejmując go z obu stron ramionami. Przewróciłem oczami, słuchając ich cichych westchnień i zalotnych pomrukiwań. Poczekałem, aż przestaną się całować i tupiąc gniewnie nogą, zawołałem:
     - Wasz syn jest głooodny!
     - Nasz syn jest głodny – oznajmił spokojnie Daniel, nakładając jajecznicę na trzy talerze i jeden z nich stawiając mi przed nosem. Potargał moje włosy, uśmiechając się i siadając naprzeciwko. Rozłożył poranną gazetę. Simon nastawił wodę na herbatę. Czajnik zaczął szumieć, a ja atakowałem jajecznicę widelcem, rozmyślając.
     Wiem, to może być dziwne – mieć dwóch ojców. W sumie, to kiedy byłem mały, mówiłem do Simona „mamo”, ale z wiekiem stwierdziłem, że to bez sensu. Nie był moją mamą, chociaż sam chyba czuł się bardziej kobietą niż mężczyzną, co nikomu w domu nie przeszkadzało. Był bardzo przystojny i ze swoimi długimi, chudymi nogami mógłby zostać wziętym modelem, prezentując ubrania zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn. Kiedyś nawet trochę na tym dorabiał, ale większość czasu i tak poświęcał na opiekowanie się mną. Na gotowaniu znał się jak wcale, ale miał poczucie humoru i zawsze mi powtarzał, że mam być sobą – choćby nie wiem co. Był jak kameleon i do każdego otoczenia i ludzi umiał się dopasować. Zawsze to w nim podziwiałem. Tę elastyczność. I to, z jak wielką dumą akceptuje fakt, że jest gejem, chociaż jego rodzina go za to przeklęła i wyrzuciła z domu, kiedy miał zaledwie piętnaście lat.
     Daniel natomiast był ucieleśnieniem mojego wyobrażenia o idealnym i wzorowym mężczyźnie. Był przystojny, wysoki, rzadko się golił, śmierdział tylko czasem, uwielbiał fast-foody, opiekował się mną i Simonem, zawsze umiał pomóc, kiedy był jakiś problem, zarabiał na nasze utrzymanie, umiał łagodzić spory i to zawsze do niego chodziłem po papierosy. Zawsze też wtedy mówił mi, że są niezdrowe i że dostanę raka, jak będę tyle palił. To dobry układ – on pozwalał mi na wszystko, co chciałem robić, ale zawsze uprzedzał mnie, co mi grozi. Dawał mi wybór. Inne dzieciaki w szkole nie miały takich ojców. Cóż, matek też takich nie miały. Często dlatego mi dokuczali, a ja… starałem się to znosić równie dzielnie, jak Simon i Daniel znosili krzywe spojrzenia na ulicy.
     Daniel przełknął ostatni kęs bułki i zaczął rozglądać się po kuchni, szukając swoich długich spodni.
     - Kotku, nie prasowałeś ich czasem wczoraj? – zapytał, nie odwracając się do Simona.
     - Nie, nie prasowałem – odparł spokojnie Simon i spojrzał na Daniela krytycznym wzrokiem. – Poszukaj w tej stercie brudnych skarpetek pod parapetem – polecił.
Daniel zaczął przegrzebywać śmietnik, jaki mieliśmy na podłodze. Wyglądał zabawnie. Jakoś utrzymywanie porządku nie należało do rzeczy, które specjalnie lubiliśmy.
     - O – wyrwało się Danielowi, kiedy już znalazł spodnie. Jego wzrok szybko powędrował w kierunku butelki Whisky, stojącej na półce z przyprawami tuż koło jego prawej ręki. Wziął brudny kieliszek ze zlewu i niczym się nie przejmując, nalał sobie do pełna. – O tak – westchnął zadowolony, wypijając. Mlasnął i zaśpiewał: - Whisky, moja żono, tyś najlepszą z dam! Już mnie nie opuścisz – wrócił na miejsce przy stole i dopił poranną kawę – już nie będę sam!
     - Wypraszam sobie – mruknął Simon, unosząc wysoko głowę i patrząc pięknymi, niebieskimi oczami na uśmiechającego się głupio Daniela.
     - Simon, mój mężu! Tyś najlepszym z dam! – zaśpiewał Daniel, podchodząc do Simona i całując go w czoło. Mężczyzna rozpromienił się, z zadowoleniem obciągając kusą spódniczkę. – Lecę do pracy, zobaczymy się wieczorkiem, kochani!
Spojrzałem za nim, kiedy wychodził z kuchni i nagle nie wytrzymałem. Czułem, że jeśli nie powiem tego teraz, nigdy się już nie przemogę. Wziąłem głęboki oddech i wypaliłem:
     - Chciałbym poznać moich biologicznych rodziców.
To jedno zdanie było jak grom, który uderzył w nasze spokojne, sielskie życie. Daniel zatrzymał się w pół kroku i odwrócił się, patrząc na mnie całkiem oniemiałym wzrokiem. Simon pisnął i zaczął przeklinać, zrzucając widelec na podłogę. Potem zapanowała chwila grobowej ciszy, a za dwie kolejne sekundy Daniel i Simon siedzieli już obaj naprzeciwko mnie z oczami jak pięć złotych i miny mieli co najmniej zaniepokojone.
     - Wiedzieliśmy, że ten moment kiedyś nastąpi – zaczął ponurym głosem Daniel, zaplatając palce obu dłoni razem. Simon skubał nerwowo skórki przy swoich wypielęgnowanych paznokciach.
     - Nie podoba ci się u nas? – zapytał cicho, jakby śmiertelnie przerażony. – Zrobiliśmy coś nie tak? – Jego niebieskie, wielkie oczy zdawały się zbierać do płaczu.
     - Nie, nie, to nie tak! – zapewniłem szybko, łapiąc go za dłoń i uśmiechając się z trudem. Chyba wcale go to nie uspokoiło. Westchnąłem. Może przesadziłem? Może nie trzeba było ich niepokoić? Trudno… jak już zacząłem temat, to trzeba przez to przebrnąć.
     - Po prostu jestem ciekaw, jacy oni są. Już od dłuższego czasu sporo nad tym rozmyślam. Ciekawi mnie, czy oboje są rudzi, a jak nie, to które z nich ma jasne włosy. Czy moja mama piecze ciastka, jak się ubiera, gdzie pracuje. Czy tata jest tak wysoki i przystojny jak Daniel. – Wzruszyłem ramionami, patrząc to na Simona, to na Daniela. – Chciałbym z nimi po prostu porozmawiać. Dowiedzieć się, jak mają na imię i czemu… czemu mnie nie chcieli. – Spuściłem głowę. – Macie do nich jakiś kontakt?
     Simon spojrzał niepewnie na Daniela, a Daniel spojrzał na niego. Potem jego orzechowe spojrzenie spoczęło na mnie. Nie był już przerażony, tylko spokojny i rozsądny jak zawsze. Cieszyło mnie to, bo to on zawsze przejmował dowodzenie w tym domu.
     - Mamy. Myślę, że udałoby się zorganizować ci jakieś spotkanie z nimi. Zajmę się tym. – Poluzował krawat i westchnął. Simon przeczesał mu ręką ciemnie, krótkie włosy. – To chyba zrozumiałe, że chcesz ich poznać – dodał, jakby tłumacząc to samemu sobie.
Pokiwałem ochoczo głową. Nie chciałem, żeby myśleli, że jestem z nimi nieszczęśliwy czy coś w tym stylu. Po prostu… Wszyscy zawsze mówili, że mam nienormalną rodzinę. Wszędzie słyszałem takie określenia jak „dziwacy”, „cioty”, „pedały”. Miałem tego już dosyć. Może gdybym był z moimi prawdziwymi rodzicami, życie byłoby spokojniejsze? Choć na chwilę.
     Daniel wstał i pogłaskał Simona pocieszająco po kolanie. Odniosłem jednak wrażenie, że obaj są na razie zbyt zaskoczeni i zagubieni, żeby sobie nawzajem jakoś pomóc. Potem, nieco sztywnym krokiem, poszedł w stronę drzwi, mrucząc coś o pracy. Po chwili drzwi trzasnęły i ja z Simonem zostaliśmy sami. Mężczyzna był spięty i odniosłem wrażenie, że uszedł z niego cały naturalny blask. Cholera, nie chciałem, żeby to ich bolało. Naprawdę nie chciałem.
     Przed blokiem zatrąbiła taksówka. To po mnie. Spojrzałem na Simona, a on patrzył na mnie i nic nie mówił.
     - Simon? – wyszeptałem.
     - Shady? – odparł, wyginając kąciki ust w ledwo widocznym półuśmiechu. Pochyliłem się i pocałowałem go w policzek, uśmiechając się przepraszająco.
     - Nie martw się tym tak, dobrze? – poprosiłem go. – I tak was kocham. Obu.
Simon rozchmurzył się trochę na te słowa. Wstałem, zabrałem pieniądze, które zostawił Daniel, złapałem za plecak i pobiegłem do wyjścia.
     A on dalej siedział w kuchni, patrząc zmartwionym wzrokiem na perłowobiały blat stołu. 


~ I co myślicie? Będę bardzo wdzięczna za wszelkie uwagi dotyczące tekstu, kulturalna krytyka również miłe widziana :). 

Witajcie!

     Witam wszystkich odwiedzających mojego bloga. Nowego bloga. To trochę niesamowite, muszę przyznać, stresuję się odrobinę, zakładając kolejnego bloga. W dodatku robię to teraz, po latach, tak, jakby nic się nie zmieniło, choć zmieniło się wszystko... Ale teraz, jak kiedyś, znów jestem sama. Tylko ja i moja wyobraźnia. Tylko ja i te opowiadania, które będę tutaj publikować. Tysiące pomysłów wolno przepływających przez głowę, szalonych, ciepłych, smutnych, pełnych żalu... Podobno stałam się smutna. Nie wierzyłam w to, choć teraz - tak, teraz naprawdę jestem smutna. Straciłam ostatnio najważniejszą od lat osobę z mojego życia. I błądzę. Każdego dnia błądzę wśród przerażenia przechodzącego w niepowstrzymany płacz lub nagłe wybuchy radości. Może więc nie tylko jestem smutna, ale jestem też wariatką? Jeśli tak, witam na blogu wariatki, która, mam nadzieję, przekona Was do swojej twórczości i gdzieś po drodze odzyska radość życia i kawałki samej siebie, które pogubiła.
     Wybaczcie ten niezwykle osobisty wstęp. Chcę zacząć od tego, że - jak już wspomniałam - prowadziłam wcześniej wiele blogów z opowiadaniami. Tym, który nieustannie stanowi moją największą dumę i zawiera swojego rodzaju małe dzieło, jakiego się dopuściłam, jest blog poświęcony Severusowi Snape'owi i jego życiu. Niestety, kiedyś bardzo piękny, przez psujący się Onet stracił swój szykowny szablon. Jednak zawartość, choć stara, wiele dla mnie znaczy. Dla zainteresowanych, jego adres to: lily-evans-severus-snape-forever.blog.onet.pl. Może nawet już go znacie lub znaliście :). Tutaj publikować będę jednak nieco inną historię. Bardziej szaloną i całkowicie moją, już nie opartą na żadnej książce.
     Drogi czytelniku, jeśli jesteś fanem yaoi i cechuje Cię duża tolerancja oraz otwarty umysł, gotowy stawić czoła moim dziwnym tekstom i mało wyrafinowanemu poczuciu humoru, to moje opowiadanie dedykowane jest właśnie dla Ciebie :). Jeśli jednak za yaoi nie przepadasz i wolisz krótsze formy literackie, takie też będę tutaj wstawiać. Od ostatniego roku zbyt byłam zajęta uczuciami, aby tworzyć. Ale teraz zamierzam na nowo zabrać się do pracy i pisać jednostrzałowce o tematyce różnej. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Ale nie pozostało mi za wiele do roboty w obecnym życiu, więc może uda mi się otworzyć serce na sztukę, dać znów upust emocjom. Piszę zarówno fantasy jak i zwyczajne opowieści bez szczypty magii, niektóre kontrowersyjne, inne mniej. W przeszłości zdarzało mi się też wymyślać bajki, ale teraz i tak nie mam komu ich opowiadać.
     Nazywam się Ginny i postaram się stworzyć tutaj świat, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Zapraszam serdecznie do lektury moich opowiadań i wyrażania swojej opinii na ich temat w komentarzach :).