wtorek, 27 maja 2014

(Nie)normalność - rozdział 2

~ Uwaga! Dla tolerancyjnych. Jeśli treść Cię razi, nie czytaj, nie komentuj - naciśnij czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu. 

     O trzeciej wybiegłem z dusznych, dławiących moje poczucie wolności, ciężkich murów szkoły. Cudowne uczucie iść chodnikiem, czuć ciężar plecaka na ramieniu i wiedzieć, że nareszcie to piekło dobiegło końca. W prawdzie na znaczną część lekcji się spóźniłem, ale dla mnie nawet pięć minut spędzone za murami liceum było katorgą. Nie cierpiałem się uczyć, chociaż byłem całkiem bystry i moje oceny utrzymywały się na poziomie trójek. Przynajmniej z tych przedmiotów, które mnie obchodziły.
     Na parkingu przed szkołą rozpoznałem seledynowego fiata. Serce podskoczyło mi z radości, kiedy chwilę potem moje oczy namierzyły, stojącego w cieniu wielkiego klonu, Simona. Opierał się nonszalancko o pień, a jego chabrowa spódnica powiewała na wietrze. Długie włosy zaplótł w warkocz, który opadał mu na płaską pierś, okrytą nieskazitelnie białą koszulką na ramiączkach. Na nogach miał piękne, czarne szpilki. Palił leniwie papierosa, a dym unosił się wokół niego. Wyglądał, jakby był jakimś magikiem, który przybył z innego świata. Dla mnie wtedy był niemal jak fatamorgana. Nie wiem, co go napadło, żeby po mnie przyjeżdżać, bo nigdy tego nie robił, ale cudownie było zobaczyć jakąś przyjazną twarz.
     Podbiegłem do niego co sił w nogach. Spostrzegłszy mnie, uśmiechnął się szeroko i poczekał, aż się zbliżę. Podszedł do mnie zwiewnym, dostojnym krokiem, bujając kościstymi biodrami. Miał w sobie coś magnetycznego i ciepłego.
     - Jak było w szkole? – zapytał rodzicielskim tonem. Chyba czuł już się trochę lepiej niż rano. Dobrze, ulżyło mi, nie chciałem mieć go na sumieniu.
     - A czy to ma znaczenie? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Niebieskie oczy zaśmiały się ze mnie figlarnie.
     - Je tam – odparł, machając ręką i wydając z siebie śmieszne, końskie prychnięcie. Potargał się po włosach i opuścił na nos czarne okulary przeciwsłoneczne. – Chodź, jedziemy do domu. Mam zamiar zrobić dzisiaj spaghetti. Co o tym myślisz?
     - Myślę, że nie umiesz robić spaghetti – odparłem, śmiejąc się. Simon popchnął mnie zadziornie łokciem w brzuch i zaczął grzebać w torebce, szukając kluczyków. Po chwili posypały się „cholery”. Ach, te damskie torebki!
      - Hej, Shady, ładną dupę sobie znalazłeś! – usłyszałem nagle gdzieś z boku.
Oboje z Simonem spojrzeliśmy w tamtym kierunku i poczułem, że jedyne czego pragnę, to zapaść się pod ziemię. Parę metrów od nas stał Mikel – mój śmiertelny wróg. Chodziliśmy razem do jednej klasy, a jego ulubionym hobby było dokuczanie mi przez to, że moimi rodzicami byli dwaj mężczyźni.      Zakląłem, widząc jego złośliwe spojrzenie, przebiegające po sylwetce oniemiałego Simona.
Zatrzymał wzrok na jego pośladkach i w tym momencie myślałem, że szczeniaka zabiję. Mógł się do mnie dowalać ile chciał, ale nie pozwolę obrażać mu moich bliskich!
Kiedy właśnie chciałem jakoś się odciąć czy po prostu rzucić na niego z pięściami, do akcji niespodziewanie wkroczył Simon. Podszedł do wysokiego, umięśnionego Mikela, szefa drużyny pływackiej, i, zdjąwszy okulary z nosa, zmierzył go najbardziej obrzydliwym ze swoich spojrzeń. Potem wyjął papierosa z ust i dmuchnął mu dymem w twarz.
     - Odwal się, dziwaku, nie chcę się tym od ciebie zarazić – syknął, wycofując się.
     - Wiesz, mały, takich jak ty połykam bez popijania – odparł Simon, mlaskając głośno. Uśmiechnął się co najmniej dwuznacznie i utkwił lubieżne spojrzenie w kroczu dryblasa, jakby miał zamiar za chwilę zerwać z niego ubrania.
     Mina Mikela z tamtej chwili nigdy nie zniknie mi sprzed oczu. Wyglądał, jakby zobaczył właśnie czołg pełen afrykańskich surykatek w hełmach, tańczących salsę i śpiewających Hymn Narodowy USA, grając jednocześnie na mandolinie.
     Zaśmiałem się mimowolnie, a biedny Mikel wyjęczał coś niewyraźnie. Wszystko zakończyłoby się triumfem, gdyby nie mama Mikela, która pojawiła się w tym momencie na podjeździe. Spojrzała najpierw na swojego skwaszonego synalka, potem na mnie i mój głupi uśmiech, a potem wytrzeszczyła oczy, kiedy jej wzrok zatrzymał się na Simonie. Spojrzała na jego długie nogi i jaskrawą spódnicę i chyba zrobiło jej się trochę głupio, że sama tak nie wygląda, a potem jej umysł zarejestrował wyraźny brak biustu u osobnika zaczepiającego jej syna. No i zrobiła się awantura.
     - A co pan wyprawia? – syknęła, opierając dłonie na biodrach i podchodząc do Simona z groźną miną. – Czego mi pan syna zaczepia? Do burdelu idź się bawić, laleczko, a nie niewinne dzieciaki atakujesz! Do psychiatry! Takie zboczenia się leczy! – Pogroziła mu palcem. – Proszę się stąd zabierać, bo zaraz wezwę policję.
     Simon uniósł jedną brew i rzucił dopalonego papierosa na ziemię. Przygniótł go obcasem i obrzucił spokojnym, ignorującym spojrzeniem niższą od siebie o ponad głowę, krępą kobietę.
     - To pani mnie atakuje – stwierdził fakt. - Tak się składa, że przyjechałem tutaj po mojego syna. A pani chłopak wyzwał mnie tak, że nawet powtarzać nie będę. Gdybym miał tak nietolerancyjne dziecko, złoiłbym je porządnie przez głowę – oświadczył spokojnym, wyniosłym tonem. Uśmiechnął się kpiarsko. Wow! Nawet nie wiedziałem, że tak potrafi! – Ale mając taką matkę, to ja się wcale nie dziwię, że i jemu brakuje dobrych manier. Trochę ogłady by państwu nie zaszkodziło.
     I odwrócił się na pięcie, patrząc na mnie pogodnie.
     - Chodź, Shady, spadamy z tego zadupia.
Objął mnie ramieniem i razem wsiedliśmy do naszego seledynowego fiata. Simon otworzył auto i zajął miejsce po stronie kierowcy. Po chwili obaj zatrzasnęliśmy drzwi i jak na komendę westchnęliśmy ciężko, opadając na miękkie, poprzecierane oparcia.
Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się. To zabrzmi dziwnie, ale byłem z niego dumny. W życiu nie czułem się tak podbudowany. A najlepsze było to, że dogadał nie tylko Mikel’owi, ale też tej jego nadętej mamuśce.
     - Widziałeś, jak patrzyła na twój tyłek, kiedy odchodziłeś? – Zachichotałem.
     - W życiu takiego nie widziała, co? – Puścił do mnie oczko i nacisnął pedał gazu. Wykręcił i chwilę potem mknęliśmy już po czarnej jezdni. Asfalt był gorący, a powietrze przepełnione zapachem spalin. Obaj otworzyliśmy okna. Włączyłem radio. Głośny huk rozbrzmiał w całym aucie. Zaśmiałem się na całe gardło, a po chwili Simon mi zawtórował.
     - Zapalisz? – zapytał, podstawiając mi pod nos paczkę mentolowych L&M-ów. Spojrzałem na niego jak na kosmitę. Od kiedy to pozwalał mi na papierosy?!
     - Daniel się nie dowie, że odstąpiłem od swojego żelaznego „nie” dla palących nastolatków – powiedział, patrząc na mnie uważnie bystrymi, błękitnymi oczyma.
     - Ode mnie ani słowa – odparłem, biorąc jednego papierosa z szerokim uśmiechem niewiniątka.

Po chwili dym wypełnił nasze płuca. Zielone światła otwierały nam drogę do beztroskiego świata dziwaków, w którym żyłem i który wbrew pozorom nie był tak straszny jak mogłoby się wydawać. 


~ Tu dum! Kolejny rozdzialik gotowy :). Tylko na razie nie mam czytelników, ale w sumie nie spodziewałam się tłumów. Zawsze jakoś tak to jest, że fanficki zbierają największą frekwencję internetowych czytelników, a twory własne - które przecież w zasadzie wymagają dużo więcej inwencji twórczej i pomysłowości - są raczej niedoceniane. Pomimo tych nieudogodnień, będę wytrwała w publikacji, a nóż znajdzie się ktoś, kto chętnie przeczyta :). Trzymam kciuki!
     Co więcej, dzięki wsparciu i życzliwości Nielivki, niedługo będę mogła poszczycić się na blogu pięknym szablonem :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz