A
jednak miałem rację – Simon nie umie robić spaghetti.
Przekonaliśmy się o tym obaj, kiedy po dwóch godzinach krzątania
się w kuchni, eksperymentowania z sosem bolognese i przyprawami,
zajrzałem do garnka. Gorąca para buchnęła mi w twarz; breja w
niewyraźnym kolorze rozdeptanego banana miała dość wątpliwą
konsystencję. Skrzywiłem się, mieszając w tym łyżką –
ostrożnie, powoli, gdyby przypadkiem makaron miał ochotę
wybuchnąć.
-
Simon? – Odwróciłem się w kierunku mężczyzny siedzącego przy
stole. Opierał głowę na dłoni i ze skupieniem bazgrał po moim
zeszycie od matmy, głowiąc się nad jakimś zadaniem. Udało mi się
go wrobić w odrobienie mojej pracy domowej.
Teraz,
słysząc swoje imię, spojrzał na mnie, lekko nieprzytomnym
wzrokiem.
-
Chyba nic z tego nie będzie – powiedziałem ostrożnie, a on wstał
i z zaciekawieniem spojrzał do garnka. Podrapał się kolorowym
paznokciem po chudym nosie i zaśmiał krótko.
-
Nie oceniajmy książki po okładce – powiedział optymistycznie,
wyjmując z szafki nad głową trzy, przezroczyste miseczki.
(Wszystkie z poutrącanymi brzegami, ale nie narzekajmy - chociaż
były czyste!). Nałożył breji do dwóch z nich, a potem zalał ją
czerwonym, rzadkim sosem z kawałkami mięsa. Wręczył mi widelec z
uśmiechem szalonego naukowca, testującego właśnie jakiś kolejny
szatański plan, po którym – w najlepszym wypadku – dostanę
takiej sraczki, że będziemy musieli wymienić kibel.
-
Bon appetit! – zaćwierkał słodko, co tylko utwierdziło mnie w
ponurych przekonaniach co do jego zamiarów.
Obrzuciłem
go pełnym podejrzenia, krytycznym spojrzeniem, czekając, aż
pierwszy zacznie jeść. On najwyraźniej liczył, że to ja będę
tym frajerem.
-
Oh, no daj spokój! – jęknął w końcu, kręcąc głową. –
Może to – spojrzał niepewnie do trzymanej przez siebie miski –
miało tak wyglądać!
-
Nie, to miało tak wyglądać – wskazałem na zdjęcie w książce
kucharskiej.
-
Aj tam, oni się nie znają wcale na gotowaniu! – stwierdził
głośno Simon. – To ja jestem mistrzem kuchni. – I jakby
próbując potwierdzić jakoś swoje słowa, wsadził do ust wielki
kawał rozgotowanego makaronu.
Skrzywiłem
się, obserwując jego próby robienia dobrej miny do złej gry.
Długo przeżuwał, a z każdą chwilą jego usta wykrzywiały się
coraz bardziej. Zmarszczył nieskazitelne, alabastrowe czoło i
powiedział:
-
Wiesz, Shady, myślę, że jest ktoś, komu powinniśmy podrzucić
trochę tego… specyfiku.
-
Naprawdę? – zdziwiłem się, unosząc brew. – Komu?
-
Temu twojemu Mikel’owi – odparł, pochylając się nad zlewem i
wypluwając nie przeżute resztki. – Z dedykacją dla jego mamusi.
Spojrzeliśmy
na siebie, a chwilę potem obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym
śmiechem. Kucharze może byli z nas żadni, tego byłem pewien, ale
jakość potraw nadrabialiśmy ilością śmiechu. Lubiłem gotować
z Simonem. W ogóle chyba nie było rzeczy, której bym nie lubił z
nim robić. Należał do tego typu ludzi, którzy w każdej czynności
umieją znaleźć odrobinę zabawy i okazji do ponabijania się.
-
No, to chyba byłoby na tyle jeśli chodzi o dzisiejszy obiad –
stwierdził spokojnie Simon, wskakując na szafkę i machając
długimi nogami w powietrzu. Odetchnął głęboko, uśmiechając
się, kiedy w powietrze wzleciała chmura z mąki, którą
rozsypaliśmy przez przypadek, szukając makaronu. Nikomu jakoś
potem nie chciało się sprzątnąć powstałego w ten sposób
bałaganu. Efekt był taki, że wszędzie teraz walała się mąka
zmieszana z rozmiażdżonymi kluskami i kawałkami mięsa. Pycha!
-
Jestem! – nagle usłyszeliśmy krzyk Daniela z przedpokoju. Chwilę
potem trzasnęły za nim drzwi i obaj słuchaliśmy jak pogwizduje,
zdejmując buty. – Co dzisiaj na obiad?
Z
szerokim uśmiechem pojawił się w drzwiach, omiatając spojrzeniem
bałagan w kuchni. Nałożyłem trochę breji z sosem na widelec i
strzeliłem tym w jego kierunku. Po chwili rozległo się wesołe
plaśnięcie i czerwona mazia wylądowała na piersi zaskoczonego
Daniela. Zarechotałem, zadowolony z efektu.
-
I to ma być powitanie, Shady? – roześmiał się Daniel, patrząc
na wielką, rosnącą, rudą plamę na swojej – jeszcze przed
chwilą śnieżnobiałej – koszuli.
-
Wyglądasz jak postrzelony – stwierdziłem, szczerząc do niego
zęby. – Heroicznie postrzelony podczas obrony barku z alkoholem –
dodałem, kiedy posłał mi kpiarskie spojrzenie.
-
Daruj sobie, teraz nawet Whisky ci nie pomoże – powiedział
spokojnie, zdejmując koszulę. Powoli rozpinał wszystkie guziki, a
na światło dzienne wyłonił się jego blady, wysportowany tors.
Zwinął ubranie w pogniecioną kulę i odrzucił na podłogę. Potem
jego spojrzenie padło w kierunku Simona, nadal siedzącego na szafce
i majtającego w powietrzu długimi nogami. Ich spojrzenia spotkały
się, a Daniel uśmiechnął się szeroko.
-
Jak tam, kotku? – zapytał czule, podchodząc i głaszcząc go po
policzku. Nie czekając na odpowiedź, zajrzał do garnka i skrzywił
się nieco. – To miało być…?
-
Spaghetti, nie widać? – zakpił Simon, szturchając łydką biodro
Daniela i przebiegając po jego sylwetce łapczywym spojrzeniem.
Daniel
puścił do mnie oczko, uśmiechając się, po czym wykrzyknął:
-
Kto ma ochotę na pizzę?!
Za
co został „nagrodzony” lekkim kopniakiem w kręgosłup przez
szpilkę Simona.
Daniel
nie dyskutował już dłużej. Przysunął się bliżej do partnera i
wsunął biodrami pomiędzy jego nogi, rozchylając je nieco na boki.
Oparł dłonie na jego kolanach i powolnym, czułym ruchem przesunął
je wyżej, aż do jego krocza. Simon dotknął piersi Daniela i
głaskał ją długimi ruchami, muskając białą skórę
paznokciami. Wpatrywali się przy tym w siebie z wyrazem twarzy,
którego nigdy nie umiałem do końca zrozumieć. Ręce Daniela
zniknęły pod falbanką niebieskiej spódnicy, a jego wargi
delikatnie musnęły dekolt Simona. Ten uśmiechnął się kusząco,
zarzucając mu ręce na szyję i wsuwając palce we włosy. Przez
chwilę ich ciała przylgnęły do siebie, a z ust Daniela wydobyło
się szybkie, pełne uczuć westchnienie.
-
Jak tam, kotku? – powtórzył szeptem, wsuwając język w głąb
ucha Simona. Ten zaśmiał się cicho, podwijając nogę i nagle…
podstawiając ją pod nos Danielowi. Ten przerwał czułości, nieco
zaskoczony. Uniósł brew i zerknął na zadowoloną twarz
towarzysza.
-
Byłem dziś u kosmetyczki – pochwalił się, zdejmując buta i
przebierając w powietrzu kolorowymi paznokciami u nóg. – Pedicure
w serduszka! – zapiszczał, śmiejąc się głośno, na co ja i
Daniel zareagowaliśmy głupimi uśmiechami na całą szerokość
twarzy. Bo nie ma nic bardziej rozbrajającego, jak dziecinna radość
naszego Simona. Paznokcie na jednej stopie miał czarne w czerwone
serca, a na drugiej czerwone w czarne serca. Na dużych palcach
widniały białe czaszki z piszczelami. Oł yeah!
-
Śliczne – powiedział niepewnie Daniel, uśmiechając się do
Simona. – W każdym razie skoro tobie się podobają. – Pokazał
mu język, a partner odepchnął go od siebie gołą stopą.
-
Daniel, dowiedziałeś się czegoś? – zapytałem bez przeciągania
o to, co męczyło mnie cały dzień. Spojrzał na mnie znad miski
rozgotowanego makaronu z sosem. Usiadł przy stole obok mnie i zaczął
jeść, chwilę mieszając z zastanowieniem podejrzaną breję. Potem
wyjął z walizki w przedpokoju karton papierosów i wręczył mi go
z uśmiechem.
Spojrzałem
najpierw na fajki, potem na niego, a potem znowu na fajki. A kiedy
już całkiem nie wiedziałem, o co chodzi, zerknąłem na Simona –
miał równie niepewną minę, co ja.
-
Dzwoniłem do nich – zaczął powoli Daniel, wpatrując się we
mnie spokojnym, ciemnym wzrokiem orzechowych oczu. – Chwilę
rozmawialiśmy, twoja matka była bardzo zaskoczona takim telefonem
po czternastu latach. Ona, w przeciwieństwie do nas, nie spodziewała
się, że kiedykolwiek będziesz chciał ich poznać. – Wzruszył
ramionami, dźgając makaron widelcem. – Ale ostatecznie zgodziła
się na to, żebyś zamieszkał u nich na trochę – moje serce
podskoczyło w piersi jak szalone. Daniel ciągnął dalej:
-
Zgodziła się, żebyś został u nich tak długo, jak zechcesz.
Jeśli w ogóle zechcesz po pierwszym spotkaniu – uśmiechnął się
lekko do mojej zszokowanej miny. – My - przekręcił się, patrząc
na Simona, który otulił się własnymi ramionami, wytrzeszczając w
dziwnym strachu swoje piękne, niebieskie oczy – pokryjemy
wszystkie koszty twojego utrzymania. Do szkoły będziesz chodził,
nie myśl sobie. Ich syn podobno chodzi do tego samego liceum, do
klasy wyżej – wzruszył ramionami.
-
Jejku – wyszeptałem, uśmiechając się całym swoim ciałem. –
Mówisz poważnie? – zapiszczałem, zrywając się z krzesła i
skacząc jak wariat.
-
Najpoważniej. – Zjadł trochę breji, po czym znowu spojrzał na
mnie. W jego twarzy było mniej niepokoju niż w Simonie, ale w
oczach dostrzegłem nutkę żalu, kiedy mówił: - Możesz iść się
pakować, rano cię do nich zawiozę.
-
Tak! – krzyknąłem, podskakując raz jeszcze i z wrzaskiem
rzuciłem się biegiem w kierunku pokoju. – Idę spakować
wszystko!
Zanim
zatrzasnąłem za sobą drzwi, usłyszałem tylko ciche, smutne i
jakby niedowierzające pytanie Simona za moimi plecami:
-
Wszystko…?
Witaj... chciałabym Cię przeprosić za ostatniego maila, jakiego Ci wysłałam. Wiem, że to było niefajne. Naprawdę przepraszam. Chciałam Ci wysłać życzenia świąteczne, ale jakoś się nie złożyło. Mogę Ci przynajmniej pożyczyć dobrego nowego roku 2015, dużo zdrowia, możliwości realizacji swoich planów i marzeń i wszystkiego najwspanialszego, a przede wszystkim Błogosławieństwa Bożego na cały każdy z tych trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Będę się za Ciebie modlić, Zuza.
OdpowiedzUsuńDominika