piątek, 20 czerwca 2014

(Nie)normalność - rozdział 3

~ Uwaga! Dla tolerancyjnych. Jeśli treść Cię razi, nie czytaj, nie komentuj - naciśnij czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu. 

     A jednak miałem rację – Simon nie umie robić spaghetti. Przekonaliśmy się o tym obaj, kiedy po dwóch godzinach krzątania się w kuchni, eksperymentowania z sosem bolognese i przyprawami, zajrzałem do garnka. Gorąca para buchnęła mi w twarz; breja w niewyraźnym kolorze rozdeptanego banana miała dość wątpliwą konsystencję. Skrzywiłem się, mieszając w tym łyżką – ostrożnie, powoli, gdyby przypadkiem makaron miał ochotę wybuchnąć.
     - Simon? – Odwróciłem się w kierunku mężczyzny siedzącego przy stole. Opierał głowę na dłoni i ze skupieniem bazgrał po moim zeszycie od matmy, głowiąc się nad jakimś zadaniem. Udało mi się go wrobić w odrobienie mojej pracy domowej.
     Teraz, słysząc swoje imię, spojrzał na mnie, lekko nieprzytomnym wzrokiem.
     - Chyba nic z tego nie będzie – powiedziałem ostrożnie, a on wstał i z zaciekawieniem spojrzał do garnka. Podrapał się kolorowym paznokciem po chudym nosie i zaśmiał krótko.
     - Nie oceniajmy książki po okładce – powiedział optymistycznie, wyjmując z szafki nad głową trzy, przezroczyste miseczki. (Wszystkie z poutrącanymi brzegami, ale nie narzekajmy - chociaż były czyste!). Nałożył breji do dwóch z nich, a potem zalał ją czerwonym, rzadkim sosem z kawałkami mięsa. Wręczył mi widelec z uśmiechem szalonego naukowca, testującego właśnie jakiś kolejny szatański plan, po którym – w najlepszym wypadku – dostanę takiej sraczki, że będziemy musieli wymienić kibel.
     - Bon appetit! – zaćwierkał słodko, co tylko utwierdziło mnie w ponurych przekonaniach co do jego zamiarów.
     Obrzuciłem go pełnym podejrzenia, krytycznym spojrzeniem, czekając, aż pierwszy zacznie jeść. On najwyraźniej liczył, że to ja będę tym frajerem.
     - Oh, no daj spokój! – jęknął w końcu, kręcąc głową. – Może to – spojrzał niepewnie do trzymanej przez siebie miski – miało tak wyglądać!
     - Nie, to miało tak wyglądać – wskazałem na zdjęcie w książce kucharskiej.
     - Aj tam, oni się nie znają wcale na gotowaniu! – stwierdził głośno Simon. – To ja jestem mistrzem kuchni. – I jakby próbując potwierdzić jakoś swoje słowa, wsadził do ust wielki kawał rozgotowanego makaronu.
     Skrzywiłem się, obserwując jego próby robienia dobrej miny do złej gry. Długo przeżuwał, a z każdą chwilą jego usta wykrzywiały się coraz bardziej. Zmarszczył nieskazitelne, alabastrowe czoło i powiedział:
     - Wiesz, Shady, myślę, że jest ktoś, komu powinniśmy podrzucić trochę tego… specyfiku.
     - Naprawdę? – zdziwiłem się, unosząc brew. – Komu?
     - Temu twojemu Mikel’owi – odparł, pochylając się nad zlewem i wypluwając nie przeżute resztki. – Z dedykacją dla jego mamusi.
     Spojrzeliśmy na siebie, a chwilę potem obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem. Kucharze może byli z nas żadni, tego byłem pewien, ale jakość potraw nadrabialiśmy ilością śmiechu. Lubiłem gotować z Simonem. W ogóle chyba nie było rzeczy, której bym nie lubił z nim robić. Należał do tego typu ludzi, którzy w każdej czynności umieją znaleźć odrobinę zabawy i okazji do ponabijania się.
     - No, to chyba byłoby na tyle jeśli chodzi o dzisiejszy obiad – stwierdził spokojnie Simon, wskakując na szafkę i machając długimi nogami w powietrzu. Odetchnął głęboko, uśmiechając się, kiedy w powietrze wzleciała chmura z mąki, którą rozsypaliśmy przez przypadek, szukając makaronu. Nikomu jakoś potem nie chciało się sprzątnąć powstałego w ten sposób bałaganu. Efekt był taki, że wszędzie teraz walała się mąka zmieszana z rozmiażdżonymi kluskami i kawałkami mięsa. Pycha!
     - Jestem! – nagle usłyszeliśmy krzyk Daniela z przedpokoju. Chwilę potem trzasnęły za nim drzwi i obaj słuchaliśmy jak pogwizduje, zdejmując buty. – Co dzisiaj na obiad?
     Z szerokim uśmiechem pojawił się w drzwiach, omiatając spojrzeniem bałagan w kuchni. Nałożyłem trochę breji z sosem na widelec i strzeliłem tym w jego kierunku. Po chwili rozległo się wesołe plaśnięcie i czerwona mazia wylądowała na piersi zaskoczonego Daniela. Zarechotałem, zadowolony z efektu.
     - I to ma być powitanie, Shady? – roześmiał się Daniel, patrząc na wielką, rosnącą, rudą plamę na swojej – jeszcze przed chwilą śnieżnobiałej – koszuli.
     - Wyglądasz jak postrzelony – stwierdziłem, szczerząc do niego zęby. – Heroicznie postrzelony podczas obrony barku z alkoholem – dodałem, kiedy posłał mi kpiarskie spojrzenie.
     - Daruj sobie, teraz nawet Whisky ci nie pomoże – powiedział spokojnie, zdejmując koszulę. Powoli rozpinał wszystkie guziki, a na światło dzienne wyłonił się jego blady, wysportowany tors. Zwinął ubranie w pogniecioną kulę i odrzucił na podłogę. Potem jego spojrzenie padło w kierunku Simona, nadal siedzącego na szafce i majtającego w powietrzu długimi nogami. Ich spojrzenia spotkały się, a Daniel uśmiechnął się szeroko.
     - Jak tam, kotku? – zapytał czule, podchodząc i głaszcząc go po policzku. Nie czekając na odpowiedź, zajrzał do garnka i skrzywił się nieco. – To miało być…?
     - Spaghetti, nie widać? – zakpił Simon, szturchając łydką biodro Daniela i przebiegając po jego sylwetce łapczywym spojrzeniem.
Daniel puścił do mnie oczko, uśmiechając się, po czym wykrzyknął:
     - Kto ma ochotę na pizzę?!
Za co został „nagrodzony” lekkim kopniakiem w kręgosłup przez szpilkę Simona.
     Daniel nie dyskutował już dłużej. Przysunął się bliżej do partnera i wsunął biodrami pomiędzy jego nogi, rozchylając je nieco na boki. Oparł dłonie na jego kolanach i powolnym, czułym ruchem przesunął je wyżej, aż do jego krocza. Simon dotknął piersi Daniela i głaskał ją długimi ruchami, muskając białą skórę paznokciami. Wpatrywali się przy tym w siebie z wyrazem twarzy, którego nigdy nie umiałem do końca zrozumieć. Ręce Daniela zniknęły pod falbanką niebieskiej spódnicy, a jego wargi delikatnie musnęły dekolt Simona. Ten uśmiechnął się kusząco, zarzucając mu ręce na szyję i wsuwając palce we włosy. Przez chwilę ich ciała przylgnęły do siebie, a z ust Daniela wydobyło się szybkie, pełne uczuć westchnienie.
     - Jak tam, kotku? – powtórzył szeptem, wsuwając język w głąb ucha Simona. Ten zaśmiał się cicho, podwijając nogę i nagle… podstawiając ją pod nos Danielowi. Ten przerwał czułości, nieco zaskoczony. Uniósł brew i zerknął na zadowoloną twarz towarzysza.
     - Byłem dziś u kosmetyczki – pochwalił się, zdejmując buta i przebierając w powietrzu kolorowymi paznokciami u nóg. – Pedicure w serduszka! – zapiszczał, śmiejąc się głośno, na co ja i Daniel zareagowaliśmy głupimi uśmiechami na całą szerokość twarzy. Bo nie ma nic bardziej rozbrajającego, jak dziecinna radość naszego Simona. Paznokcie na jednej stopie miał czarne w czerwone serca, a na drugiej czerwone w czarne serca. Na dużych palcach widniały białe czaszki z piszczelami. Oł yeah!
     - Śliczne – powiedział niepewnie Daniel, uśmiechając się do Simona. – W każdym razie skoro tobie się podobają. – Pokazał mu język, a partner odepchnął go od siebie gołą stopą.
     - Daniel, dowiedziałeś się czegoś? – zapytałem bez przeciągania o to, co męczyło mnie cały dzień. Spojrzał na mnie znad miski rozgotowanego makaronu z sosem. Usiadł przy stole obok mnie i zaczął jeść, chwilę mieszając z zastanowieniem podejrzaną breję. Potem wyjął z walizki w przedpokoju karton papierosów i wręczył mi go z uśmiechem.
     Spojrzałem najpierw na fajki, potem na niego, a potem znowu na fajki. A kiedy już całkiem nie wiedziałem, o co chodzi, zerknąłem na Simona – miał równie niepewną minę, co ja.
     - Dzwoniłem do nich – zaczął powoli Daniel, wpatrując się we mnie spokojnym, ciemnym wzrokiem orzechowych oczu. – Chwilę rozmawialiśmy, twoja matka była bardzo zaskoczona takim telefonem po czternastu latach. Ona, w przeciwieństwie do nas, nie spodziewała się, że kiedykolwiek będziesz chciał ich poznać. – Wzruszył ramionami, dźgając makaron widelcem. – Ale ostatecznie zgodziła się na to, żebyś zamieszkał u nich na trochę – moje serce podskoczyło w piersi jak szalone. Daniel ciągnął dalej:
     - Zgodziła się, żebyś został u nich tak długo, jak zechcesz. Jeśli w ogóle zechcesz po pierwszym spotkaniu – uśmiechnął się lekko do mojej zszokowanej miny. – My - przekręcił się, patrząc na Simona, który otulił się własnymi ramionami, wytrzeszczając w dziwnym strachu swoje piękne, niebieskie oczy – pokryjemy wszystkie koszty twojego utrzymania. Do szkoły będziesz chodził, nie myśl sobie. Ich syn podobno chodzi do tego samego liceum, do klasy wyżej – wzruszył ramionami.
     - Jejku – wyszeptałem, uśmiechając się całym swoim ciałem. – Mówisz poważnie? – zapiszczałem, zrywając się z krzesła i skacząc jak wariat.
     - Najpoważniej. – Zjadł trochę breji, po czym znowu spojrzał na mnie. W jego twarzy było mniej niepokoju niż w Simonie, ale w oczach dostrzegłem nutkę żalu, kiedy mówił: - Możesz iść się pakować, rano cię do nich zawiozę.
     - Tak! – krzyknąłem, podskakując raz jeszcze i z wrzaskiem rzuciłem się biegiem w kierunku pokoju. – Idę spakować wszystko!
Zanim zatrzasnąłem za sobą drzwi, usłyszałem tylko ciche, smutne i jakby niedowierzające pytanie Simona za moimi plecami:
     - Wszystko…?

1 komentarz:

  1. Witaj... chciałabym Cię przeprosić za ostatniego maila, jakiego Ci wysłałam. Wiem, że to było niefajne. Naprawdę przepraszam. Chciałam Ci wysłać życzenia świąteczne, ale jakoś się nie złożyło. Mogę Ci przynajmniej pożyczyć dobrego nowego roku 2015, dużo zdrowia, możliwości realizacji swoich planów i marzeń i wszystkiego najwspanialszego, a przede wszystkim Błogosławieństwa Bożego na cały każdy z tych trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Będę się za Ciebie modlić, Zuza.

    Dominika

    OdpowiedzUsuń